15.05.2018

I już połowa maja... to  wręcz nie możliwe, jak szczęśliwemu człowiekowi potrafi życie szybko mijać. Serio. 

Założyłem konto na olx.pl (niestety w obsłudze allegro tonę). Uczę się handlu przez internet i zdobywam nowe doświadczenia w interakcjach z ludźmi różnego pokroju. Nie jest łatwo się dogadać z ludźmi przez telefon szczególnie gdy potencjalni klienci potrafili dzwonić po północy lub przez 04:00 z pytaniem: "ogłoszenie X aktualne?"...(usunąłem już swój numer i teraz stawiam na ochronę mojej prywatności i dowód rzeczowy w formie pisemnej). Tu też niespodzianka, bo u 70% olixowiczów kłania się makabryczny brak umiejętności przekazu myśli w formie pisemnej i czytania ze zrozumieniem. Byłbym nieuczciwy pakując wszystkich do jednego wora, wiec muszę i pochwalić ludzi, którzy wręcz pozytywnie porażają swoją uczciwością, prostą i ciepłym zachowaniem aż do tego stopnia, że ma się ochotę podarować im w prezencie, to co chcą kupić (co zresztą zdarzyło mi się parę razy). Mimo wszytko jednak nie jest to tak łatwy handel jak reklamują go w TV przy pomocy śmiesznych rymowanych spotów.
Póki co nie pooddaję się i w myśl drogi do minimalizmu nadal wyprzedaję przedmioty, które u mnie (lub w rodzinie bliskich osób) nie mają już swojego miejsca, a u kogoś innego być może znajdą drugie, długie życie i przyniosą radość. Życzcie mi wytrwałości.

PS: powstała na moim blogu nowa kategoria wpisów pt.: "Moje aukcje OLX.PL" dla miłośników oszczędzania, ludzi lubiących udane okazje z drugiej ręki :)



19.03.2018

Życie jest przewrotne i wciąż zaskakuje. Najgorzej, gdy bliskich ludzi dzieli pieniądz, który tak naprawdę jest nic nie wart. Nic. Moje priorytety już dawno nabrały innego kierunku niż banknoty. Rodzina, zdrowie moich bliskich, moje i spokój jest tym co ma dla mnie największa wartość, nie do kupienia.
Owszem, można polemizować na temat autentycznej wartości pieniądza, że to za niego można dostać częściowo i zdrowie i spokój... ale tak naprawdę to jedynie pomoc, a rzeczywiście nie do wykonania bez szczerej miłości i braku chciwości.
 Chciałbym, aby i inni myśleli choć w ułamku podobnie jak ja. Życzę tego wszytkom ludziom, by zamiast monet w oczach mieli miłość i bezinteresowność w sercu.

24.01.2018

Laureat pokojowej nagrody Nobla powiedział kiedyś, że jeśli ktoś jest głodny to nie powinien się tego wstydzić... to my powinnismy.
Bardzo mi to utkwiło w pamięci i czuje, że rzeczywiście tak jest.

22.01.2018

 tak nadszedł ten nasz wymarzony czas – Dzień Naszego Ślubu i Wesela 13.01.2018 rok.

Szukając wolnej sali weselnej wszędzie słyszeliśmy, że terminy są już zarezerwowane na 2-3 lata z wyprzedzeniem OMG! Jednak wszędzie byliśmy informowani, że są wolne terminy w styczniu, więc... dlaczego nie? Zarezerwowaliśmy salę! Następnie z wielką łatwością orkiestrę, bez kiwnięcia palcem kamerzystę, od ręki fotografa – nie było z tym najmniejszego problemu, gdyż wszyscy mieli akurat wolny dzień. Jak to zimą – nie ma natłoku na tego typu usługi. Nie straszna była temperatura poniżej 0'C, przecież wesela nie mieliśmy zamiaru robić pod gołym niebem, a sale mają nie tylko klimatyzację (w lato), ale i mocne ogrzewanie w zimie! ;) co musieliśmy tłumaczyć rodzinie, która słysząc styczniowy termin łapała się za głowę :D hahaha... Przeciwnie mimo, że zimno i wszyscy w kozakach (z reklamówkami z butami na zmianę), w szalikach i czapkach na ułożone  od fryzjera fryzury - było romantycznie i wesoło. Na zdjęciach przed kościołem wszyscy mają czerwone nosy jak renifery, a na kolejnych nawet pozował z nami okoliczny bałwan :D Mega! Piękna zima za oknem, biały puch otulał okolicę, mróz skrzypiący pod butami i ostre słoneczko zerkające zza chmur. Sceneria była bajkowa... zima, szopka, choinki, kolędy i kościół tak pięknie przystrojony lampionami i białymi gałązkami – wspaniale to wspominamy! Po ceremonii zaślubin w kościele odbyła się oczywiście zabawa do samego rana, a goście byli zachwyceni! Zimową atmosferę ślubu podkreślał też piękny tort z płatkami śniegu. Nie było gorąca, upałów i wszyscy świetnie się bawili. Jedynie palacze dygotali na balkonach ;) Sesja zdjęciowa mimo, że głównie w pomieszczeniach, bez zielonej letniej scenerii na łące, też wyszła super. 

Już na zawsze razem! Moja Kasia W! (śmiejemy się, że inicjały zostały jej takie same :D Jest moją najlepszą przyjaciółką, nigdy nie zawodzi ani siebie ani mnie. Pozwala mi realizować się w moich wariackich pomysłach. Rozśmiesza mnie każdego dnia. Akceptuje mnie takiego, jakim jestem. Jest najmilszą osobą, jaką znam. Ma piękny głos, kiedy śpiewa. Pomimo ciężkiej choroby jest najbardziej optymistyczna osobą na świecie. Wspiera mnie we wszystkich moich wyborach. Nieustannie pogłębia swoją wiedzę, by móc rozwijać się zawodowo. Wzruszają ją zwierzęta i przyroda.

Nie zdaje sobie sprawy z tego, że sprawia ze chcę zrobić dla niej więcej niż kiedykolwiek chciałem zrobić dla kogokolwiek.

18.12.2017

W Nowym Roku ślub i wesele!!! :) Czuję się największym szczęściem na ziemi.

Wszyscy troje mamy się bardzo dobrze. To wielkie szczęście mieć bliskich.

08.11.2017

Szczerze mówiąc nie ma czasu pisać, bo żyję szczęśliwym życiem pełnym pozytywnych zdarzeń, radosnych i bardzo spokojnych dni, a powody, tematy, kłopoty, problemy, z powodu których rozpocząłem blogowanie (ojciec i terapia DDA, brak powodzenia w miłości) dawno się skończyły.
Została praca, w której do tej pory nie zawsze jet kolorowo, ale na tyle się wycofałem psychicznie, że już tam nic mnie nie boli. Obojętność, rutyna i byle do 15:00. Z pracy dodatkowej rezygnuje (umowa wygasa w 12/2017 rok).
Wiem, że ludzie nie lubią czytać o codziennym, cudzym szczęściu i nie chcą rzygać tęczą (dostałem wiele przykrych wiadomości prywatnych). Ludzi szczęście drugich nudzi i rozbudza zazdrość oraz podbija własne niepowodzenia o których ludzie zazwyczaj nie chcą pamiętać. Nic co nie podnosi adrenaliny, nie jest kontrowersyjne nie przyciąga uwagi – taka prawda.
Blogownaie uważam, za fantastyczną przygodę. Lubiłem pisać, mimo że treści zawierały ból – to pomagało mi się od niego trochę uwolnić. Teraz szkoda mi czasu na 2 godziny notatki, edycję i obróbkę zdjęć, kiedy w tym czasie mogę robić coś co mnie cieszy.
Do końca roku, tak jak sobie obiecałem utrzymam blog, od czasu do czasu wstawię zdjęcie i napiszę co u mnie słychać, ale natężenie notatek nie będzie przekraczać jednej w tygodniu ;)
Pozdrawiam serdecznie tych, którzy mi kibicowali i zaglądali do mnie by trzymać kciuki w mojej walce z codziennością, dziękuje kochani! :* A tym którzy traktowali mnie źle, dogryzali, kpili i naśmiewali się mówię: Bóg Cię/Was jeszcze ukarze, nigdy nie wiesz w jakiej sytuacji się Ty znajdziesz, nie życzę Ci/Wam więcej cierpienia jak Ty/Wy mi, nie jestem mściwy, żyjcie i bawcie się dobrze, ale u mnie już pożywki nie znajdziecie pasożytnicze tasiemce :)
Buziaczki, do kolejnej notatki :*

01.11.2017

Z bratem.  Najlepszy czas. Jonasz z lewej, ja z prawej (szara koszulka).

31.10.2017

Lekarze rezydencji - mogli by już sobie darować ten protest, bo to się robi już żałosne! Ledwo co skończyli studia, a oczekiwania mają jakby mieli co najmniej dziesięcioletni staż i doświadczenie.
Strach pomyśleć co będzie, gdy tego doświadczenia nabiorą a teraz się im uda coś wywalczyć, to czego później będą chcieli?! Niestety żyjemy w takim kraju, że skoro decydowałeś się na taki zawód to po prostu sobie radź albo się przekwalifikuj i idź na Gruba robić albo gdziekolwiek indziej, skoro uważasz, że tylko w tym zawodzie tak słabo się ciągnie po studiach. Jak to mówią "dla chcącego nic trudnego". Nikt nie obiecywał, że po skończeniu studiów stać go będzie na własne mieszkanko, autko i firmowe ciuszki! Jak to mówią trzeba sobie radzić na takim poziomie jakim się jest i dążyć do tego aby było lepiej! Jakoś niektórzy ludzie zarabiają porównywalnie bądź jeszcze mniej i dają sobie radę! Jaki z tego morał? Chyba mamy niezbyt zaradnych życiowo przyszłych lekarzy! To nie wróży dobrze na przyszłość!
Poza tym bycie lekarzem to nie tylko kasa, ale głównie obowiązek moralny. Przypominam, że niektórzy nie-medycy też się uczyli, niektórzy nawet ukończyli doktoraty, a w naszej cudownej rzeczywistości ich zarobki to jałmużna niepozwalająca na pokrycie opłat związanych z samym mieszkaniem, nie wspominając o przymusowych eko-ubraniach ze szmateksu i innych rzeczach z odzysku, bo o nowych mogą sobie tylko pomarzyć..
Przecież wiadomo, że
strajkują żeby swoje kieszenie napchać. Okrasili to dodatkowymi postulatami, jak to niby walczą o pacjenta... śmiechu warte. Gdyby tak dbali o pacjenta to by to miało swoje odzwierciedlenie w szpitalach. A każdego dnia słyszę jak to pacjent zmarł pod szpitalem, dziecko w dobrym stanie zmarło 5 metrów za SORem, pijak okazał się mężczyzna z wylewem itd itd itd. To gdzie ta ich dbałość o tych chorych Polaków?

22.10.2017

Seria 8 zdjęć z sesji zaręczynowej <3








16.10.2017

TAK! Powiedziała: "TAK"! Kasia W. zgodziła się zostać moją żoną! 
Publikuję jedno ze zdjęć z sesji zaręczynowej (już obrobione i przesłane nam przez fotografa).

13.10.2017

Nie widzę w tym nic złego, że ktoś opowiada mi o kłopotach, z jakimi przyszło mu się zmierzyć, ale jeśli relacja polega na tym, że każdy kontakt oznacza konieczność wysłuchania niekończących się gorzkich żali, nie pozostanie to bez wpływu na moje samopoczucie. I nie jest to wpływ pozytywny. Nie chcę już być długotrwałym, jednostronnym słuchaczem i rezerwuarem czyichś negatywnych emocji. Odbiera mi to energię, chęć działania, budzi niepewność... a jednak mam wyrzuty sumienia na samą myśl o zakończeniu tej relacji.

10.10.2017

Już w niedzielę (15.10.2017 roku) nastąpi ten dzień! TEN DZIEŃ ! :)

30.09.2017

Mam nadzieję, że to nie ostatni ciepły, słoneczny weekend, bo właśnie rozpocząłem dwutygodniowy tzw. letni urlop.
Moje plany? Żyć! Kupić pierścionek i oświadczyć się Kasi W.
Nieodwołalnie.

25.09.2017

Wpis o mojej najdroższej Kasi W., czyli DLACZEGO JĄ KOCHAM (zbiór 23 zdjęć z tekstem)


Ma wspaniałą, kochającą się i wspierającą rodzinę, jakie ciężko spotkać.
Mieszka z rodzicami i dwojgiem braci.
Uwielbiam być obserwatorem ich wzajemnego szacunku, zrozumienia i uczuć.
Czuję się szczęśliwy, że mogę w tym uczestniczyć.


Kasia W. ukończyła Akademię Sztuk Pięknych w Katowicach.
Jej pokój to prawdziwa pracowania malarska pełna kolorów i radości typowej pozytywnej, kreatywnej artystki.
Uwielbiam ten jej artystyczny nieład
 farb, drobiazgów, bibelotów.



Kasia W. pracuje dla firmy, dla której projektuje i tworzy ręcznie etykiety motywacyjne, ślubne, ilustracje minivintage, okładki notatników, bileciki prezentowe, kartki okolicznościowe, projektuje hasła na kubki ceramiczne (w języku angielskim i polskim).
Praca w domu i dowolne godziny dają jej wiele swobody i pomagają w 
twórczości, która przynosi jej sukces. 
Czasem, w weekendy zastępuje swojego brata na stacji benzynowej.





Jej hobby to Patchwork, szydełko, druty i wszytko co z wełną handmade związane.
Wykonuje na drutach lub na szydełku dla siebie i znajomych szaliki, opaski, czapki i rękawiczki w ilości milion sztuk dla każdego. Nawet wykonuje mi kocyki na oparcia siedzeń w samochodzie :D 
Wkłada w co całe swoje serce.




Co drugi dzień sztuką orgiami składa jednego kolorowego żurawia. Niesamowite, prawda?
Gdy ma ich około 20-stu łączy je sznureczkiem jeden pod drugim i zawieszka w różnych miejscach, w swoim oknie, na ścianach lub robi kompozycje na drucikach (na lustra, dekoruje mini drzwi, tworzy bukiety – szaleństwo papierowych żurawi). Często też pojedynczo wymienia wcześniej wykonane, zniszczone żurawie (to w końcu kruchy papier), wiec bawi się tym na okrągło.




Zawsze nosi przy sobie aparat, robi sporo zdjęć: mi, nam i otoczeniu i do razu drukuje (magia aparatu Instax mini 8).
Ja kupuje jej te wkłady raz w tygodniu (Fujifilm Instax 30 sztuk za 100 zł), niech ma, niech się cieszy!

Następnie wkleja kilka zdjęć zrobionych w ciągu dnia w kolejny nasz album który dla nas zrobiła. To jest niesamowite i cudowne. Zatrzymuje dla nas każdą chwilę, każdy dzień.
Czuję się tym codziennie na nowo wzruszony... kiedy robi te zdjęcia, chowa z uciechą do kieszeni lub torebki. a po wejściu do domu biegnie do półki z albumem, otwiera go na podłodze i od razu wkleja, śmiejąc się i pokazując palcem: "Patrz jak tu fajnie 
wyglądamy!" :)



Codziennie jest uśmiechnięta, radosna i bardzo pozytywnie nastawiona do ludzi, zwierząt ...całego świata. Cieszą ją drobne i bardzo drobne rzeczy. Spostrzega więcej niż przeciętni ludzie, jest niesamowicie bystra. Lubi przyglądać się chmurom, fruwającym patkom, motylka latającego nad krzakiem po drugiej stronie ulicy potrafi zauważyć tylko ona! Do znudzenia ogląda krople deszczu osadzone na źdźbłach trawy. Musi wejść w każdą kałuże i cieszyć się rozchodzącymi się spod butów pulsującymi okręgami wody. Jest w tym wszystkim tak szczera i autentyczna, jak dziecko, które widzi coś pierwszy raz i nie potrafi ukryć entuzjazmu.


Jest skromność mnie totalnie urzeka. Na plaży tylko ona była jednoczęściowym kostiumie.


W makijażu widziałem ją tylko trzy razy, na co dzień maluje tylko rzęsy brązowym tuszem firmy Bell. Za to bardzo lubi malować paznokcie, szczególnie u stópek, a gdy tylko nałoży nowy kolor lakieru, robi zdjęcie i mi wysyła mms'em licząc na komplement :)

Ubiera się głownie w stylu boho wyszukując ubrania w sklepie z tanią odzieżą "Biga" w Bytomiu i Piekarach Śląskich gdzie często jej towarzyszę. Ubrania typu Basic też ma i są one bardzo proste i przeciętne. Nie musi się wyróżniać strojem, bo zdobi ją jej uśmiech i cudowny charakter.



Ma 160 cm wzrostu i waży 80 kg i figurę typowej klepsydry.
U
wielbiam jej buzie "w serce" i pełne, kobiece uda.Gdy założy coś opinającego i seksownego, wtedy padam oszołomiony jej ponętną kobiecością.


Niestety jest jedna rzecz, która mnie martwi i w której Kasi W nie potrafię pomóc.
Kasia W jest chora (tak to nazwijmy na obecną chwilę) i nie czekała długo z wyznaniem mi swojego problemu, bo widziała moje zaangażowanie i nie chciała mi zabierać sobą czasu… Jej oznajmienie kłopotu miało w jej mniemaniu spowodować moje odejście od niej (tak kończyły się jej poprzednie znajomości).
Gdy się dowiedziałem... to tylko przyspieszyło moją decyzję o zaręczynach z nią!
Mam zamiar zabrać ją do ciepłych krajów i się oświadczyć, w słońcu, w otoczeniu przyrody, tak jak o tym marzy.
Boję się tylko jednego, że nie przyjmie oświadczyn, by "nie zmarnować mi życia".
Jeśli odmówi bycia moją żoną z miejsca wyrwę sobie serce!
Nie będę trzymał żałoby, po czymś za czym nie chcę tęsknic. To chyba zrozumiale.
Dlatego kończę temat ojca i zabieram się za aktywne życie. 
W końcu! 
Bez strachu, bez lęków, bez obciążenia finansowego!

23.09.2017

… I umarł. Dziś pierwszy tydzień od jego śmierci.Jeszcze parę dni temu przy urnie z prochami płakały siostry, bliższa i dalsza rodzina, jego przyjaciele, znajomi, sąsiedzi... Nie było tylko JEJ, największej miłości ojca, tej której oddał życie… ukochanej, umiłowanej, wielbionej całymi latami BUTELKI WÓDKI.
Pfff… w sumie po co miała być…? Alkohol dokonał tego co miał dokonać. Alkohol osiągnął swój cel i "poszedł" rujnować życie następnemu, następnej rodzinie. Osiągnął swój cel, zrujnował pijącego i zostawił ból, uraz alkoholizmu wśród bliskich na długie lata, a może i pokolenia...
Straszne, ale moja pierwsza myśl po tym, gdy umarł była: "wreszcie się skończyło". Straszne, okrutne ale prawdziwe. Nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia, wiem, że miałem prawo poczuć ulgę po latach awantur, maltretowania, braku miłości, lęku i niepewności. Był czas, że życzyłem swojemu ojcu śmierci, tak, i do tego też miałem prawo po tym, co mi zafundował. Tak - bardzo pomogła mi w zrozumieniu tego scena z filmu Marka Koterskiego pt. "Wszyscy jesteśmy Chrystusami", kiedy główny bohater Adaś Miauczyński mówi do swojego syna: "Miałeś prawo życzyć mi śmierci i mnie nienawidzić".
Myślę, że alkoholicy w środku wiedzą, że źle postępują, krzywdzą, ale niektórym się po prostu nie udaje z tego wyjść mimo ogromnej ceny jaką muszą zapłacić. 
Ja wybaczyłem swojemu ojcu, uznałam jego bezsilność bo wiem, że on sam też cierpiał.
Gdy będę odwiedzać jego grób, będę "rozmawiał" z nim, ale z tym trzeźwym ojcem, którego miałem okazję poznać w ostatnim miesiącu i jakiego chcę pamiętać.
Jest mi go żal, zwyczajnie jako człowieka, ale z drugiej strony myślę, że widocznie Bóg tak chciał i może ocalił i jego samego i moją rodzinę od jeszcze dłuższego cierpienia.

21.09.2017

Po pogrzebie.
Było wyjątkowo spokojnie, bez większych emocji wśród zebranych na Mszy oraz na cmentarzu. Ludzi ogólnie mało ( 38 osób, gdzie w tym 12 to sąsiedzi z bloku, 5 osób przyjaciele Jonasza, 4 rodzice i rodzeństwo mojej Kasi W.) Jedyną osobą, ktora przeżywała mocnym płaczem ostatnie pożegnanie był Jonasz... Dwie godziny po pochowku Jonasz zaproponował mi, że odkupi ode mnie mieszkanie, te które zajmował mi ojciec. Dał mi miesiąc bym mógł sobie te propozycje przemyśleć. Pewnie sie przychylę, nie mam z tym mieszkaniem dobrych wspomnień, a skoro Jonasz proponuje gotówkę ode ręki... czemu nie. Czuje wielki spokój. Spokój i wolność.

18.09.2017


Pogrzeb mojego ojca w czwartek (czekam na przyjazd Jonasza z zagranicy).
Boje się dnia samego pogrzebu (nie wiem w sumie dlaczego), a tak ogólnie czuję wewnętrzny spokój...

17.09.2017

Moj ojciec zmarł wczoraj (16.09.2017) o 22:50, w domu, serce nie wytrzymało wyczerpania i niedotlenienia. Bylem przy nim.

12.09.2017

Mam tyle załatwiania, papierów, kolejnych konsultacji, etapów leczenia ojca i bieganiny od szpitala do szpitala, od poradni do poradni, że nawet nie zauważyłem, że już jest 12 września...
W końcu nastąpił wypis ze Szpitala Pulmonologicznego i w końcu postawiono ostateczną diagnozę choroby ojca (po otrzymaniu wyników z Onkologii w Gliwicach): Guz śródpiersia z przerzutami do obu płuc, przerzut do węzłów chłonnych i nadobojczyka prawego, przerzuty do nadnerczy, przerzuty do skóry. Aktualnie ojciec jest w kolejnym Szpitalu Chirurgicznym, gdzie dziś wycieli mu jeden z przerzutów do węzła chłonnego pachowego (który był narażony na utworzenie rany), przy okazji wyślą guza na badanie Histopatologiczne do Instytutu Onkologii w Gliwicach.
Materac przeciwodleżynowy AirFlo250F z systemem osuszania pacjenta + płyn "PC 30V" – cud, miód i orzeszki! – odleżyny I stopnia u mojego ojca cofnęły się.
Ojciec praktycznie już nie mówi. Przez sparaliżowany płat głosowy uciskany guzem w śródpiersiu, jedynie z wielkim wysiłkiem bardzo cicho szepcze (z dnia na dzień coraz słabiej). W związku z tym postanowiłam kupić dla niego przenośny wzmacniacz głosu, z mikrofonem dynamicznym "Monacor WAP-4" (230 zł). Rano zamówiłem w sklepie medycznym i mam nadzieję, że przyjdzie w ciagu paru dni i przede wszystkim sprawdzi się u ojca i będzie mógł jeszcze w jakimś stopniu komunikować się ze mną i otoczeniem.
Powiem jedno – bez pieniędzy i znajomości w tym kraju nic się nie załatwi. 
Czuję się zmęczony.




05.09.2017

Ojciec nadal leży w szpitalu, dalej czekamy na wynik z Instytutu Onkologii w Gliwicach. 
Dwa tygodnie już nie pije. Jego mózg po kilkudziesięcioletnim odurzeniu zaczął normalnie pracować, racjonalnie myśleć.
Wczoraj pierwszy raz w życiu zapytał mnie jakie mam wykształcenie i do ilu lat już pracuję. Kiedy mu odpowiedziałem, on z wielkim wstydem i skruchą zaczął się głośno zastanawiać jak mi się to wszystko tak pomyślnie udało bez wsparcia, które powinien mi ofiarować. Byłem w szoku, miłym szoku. Pierwszy raz się mną zainteresował – to uczucie niemożliwie piękne.
W niedzielę zauważyłem na jego udzie początek odleżyn (I stopień) mimo, że jeszcze się samodzielnie porusza (w asekuracji wózka) i w ciągu dnia normalnie siada na krześle, odleżyny tworzą się już z racji zaawansowanej miażdżycy, upośledzonego układu krążenia z powodu choroby serca, wychudzenia oraz dalszego nikotynizmu. Tragedia. Masakrycznie szybko to wszytko postępuje, dosłownie z dnia na dzień!
Swoją obserwację zgłosiłem dyżurującemu lekarzowi i poprosiłem o możliwość przydzielenia materaca przeciwodleżynowego (sugerując dopłatę za tę dodatkową wygodę dla ojca). Lekarz mnie wyśmiał i uświadomił, że oni mają bardzo ograniczone zasoby, a ojcu taki materac się na obecnym etapie nie należy, bo rana się jeszcze nie otworzyła. Jego podejście i procedury (które zresztą sam znam) utwierdziły mnie w tym, że nie mogę czekać na łaskę NFZ i szpitala.
Tego samego wieczoru kupiłem w aptece i mu dowiozłem płyn przeciw odleżyną do wcierania w skórę "PC 30V" (najlepszy, warto sobie nazwę zapamiętać, bardzo polecam, jakby co!) oraz telefonicznie umówiłem się z firmą Akson na zakup materaca przeciwodleżynowego. Trudno, że prywatnie, poza NFZ (bezsensu upraszać się o refundację, dopiero gdy skóra zacznie gnić), tu należy reagować natychmiastowo, byle tylko opóźnić proces otwierania ran.
15 godzin później dostarczyłem go ojcu na Oddział. Lekarze, włącznie z Ordynatorem byli zaskoczeni moją świadomością (jeszcze nie wiedzą, gdzie pracuję) i natychmiastową reakcją oraz tym nowoczesnym materacem.
Materac kupiłem niestety za 888 zł, model: "AirFlo250F z systemem osuszania pacjenta". Jest on przeznaczony co prawda dla pacjentów z odleżynami II stopnia, ale wolałem od razu zainwestować, żeby od początku działał ze zdwojoną siłą masując schorowane, obolałe ciało. Do tego jest pokrowiec wodoodporny, paraprzepuszczalny, a komory materaca są z systemem osuszania ciała pacjenta (Air-Vents) co jest naprawdę niesamowite, szczególnie w razie zapocenia czy nawet zmoczenia materaca. Szczerze starałem się mu wybrać jak najlepszy, który był dostępny od ręki w sklepie ortopedycznym.
Dziś z samego rana ojciec do mnie dzwonił zachwalając komfort, funkcjonalność materaca i relacjonując z entuzjazmem spokojnie przespaną noc bez bólu. Na koniec dodał, że bardzo mi za to dziękuje... Powiem szczerze, wzruszyłem się tak, że aż mi się gardło ścisnęło.
Dobrze.

Niech nie cierpi. Mimo wszystko jaki był.
Niech nie cierpi.

01.09.2017

W poniedziałek mój ojciec po raz kolejny (od maja już 3 raz) został przyjęty do Szpitala (skierowany bezpośrednio po prywatnej konsultacji w Poradni Pulmonologicznej, którą mu wykupiłem).
W środę na Oddziale miał wykonaną bronchoskopię tchawicy, oskrzeli i zew. płuc.
Nie sądziłem, że dwa dni później napiszę to…
Skończyło się wszystko.
WSZYSTKOW jednej chwil. 
Skończyło się wszystko po 20 minutach mojej rozmowy z Ordynatorem Oddziału Pulmonologii w Tarnowskich Górach.
Ordynator Oddziału na początku wyraził totalne zdziwienie, że w ciagu 4 miesięcy choroba tak szybko się rozwinęła... i wyjawił diagnozę leczenia mojego ojca: Chłoniak śródpiersia (nowotwór złośliwy tkanki limfatycznej). ....Po prostu RAK w zaawansowanym stadium, z przerzutami do wszystkich węzłów chłonnych oraz skóry, z zajęciem całych płuc. Rak nacieka, atakując sąsiednie tkanki i robi przerzuty na odległe narządy.
Stan mojego ojca (totalne wyniszczenie organizmu) prawdopodobnie (jak powiedział ordynator) nie kwalifikuje go do leczenia onkologicznego (chemioterapii), ani do usunięcia źródła pierwotnego raka (z powodu tego, że ma już przerzuty).
Pierwsze objawy raka były już w maju tego roku (moja publikacja dokumentów 20.05.2017), które zostały nie rozpoznane i pomylone z zapaleniem płuc. TK klatki piersiowej wykazało wtedy stany zapalne, które, dziś to wiadomo – nie wynikały z przeziębiania (zapalenia płuc), a były to pierwsze już objawy nowotworu chłoniaka. Jego napady duszności, ciągły kaszel oraz ból w klatce piersiowej – zostały wtedy (jak i w kolejnych szpitalach, np. laryngologicznym) podsumowane jako kaszel palacza i duszności zwiane z zanieczyszczeniem płuc przez wieloletni nikotynizm.
Wspominałem w notatce z maja, że ojciec znacznie schudł, z tego powodu, że nie miał w ogóle apetytu i nie jadł, a jedynie pił alkohol i palił 25 papierosów dziennie. Po opuszczeniu szpitala 15 maja, gdzie ojciec został odżywiony poprzez odpowiednią dietę i brak alkoholu oraz wzmocniony lekami i suplementami – wyglądał bardzo dobrze. Obecnie waży 47 kg, jego organizm jest wycieńczony. Ojciec jeszcze o niczym nie wie. Ordynator przekaże mu informację na temat jego stanu zdrowia w przyszłym tygodniu, kiedy przyjdą ostatnie wyniki badań HP z Instytutu Onkologii z Gliwic.
Patrzyłem na niego w Szpitalu.
Na szpitalnym łóżku siedział wrak człowieka. Skóra i kości. Zniszczone, cierpiące ciało. Z oczu zniknęło mu cwaniactwo i egoizm, a pojawił się strach, niepewność i niema rozpacz.
Siedziałem z nim 2 godziny przy szpitalnym łóżku. Właściwie prócz omawiania bieżącego leczenia, jego samopoczucia... nie rozmawialiśmy o niczym, bo nie było o czym... Żadnych wspólnych tematów, nic co by nas łączyło. Wielka przepaść. Totalnie przykre.
Siedziałem przy nim i nachodziły mnie różne wspomnienia.
Wiele przykrych.
Wiele tragicznych i bolesnych.
Oto ten schorowany człowiek, przy którym teraz jestem i roztaczam opiekę, był moim największym fizycznym katem i okaleczył moją psychikę w sposób nieodwracalny.
Myślałem sobie, że jeszcze pół roku temu ojciec-chojrak bił mnie okrutnie różnymi przedmiotami po głowie i twarzy (gdy pojawiałem się w domu odebrać rachunki), że wiecznie zastraszał mnie alimentami w horrendalnych sumach, które będę na niego płacić, że jeszcze w zeszłym tygodniu, gdy przyjechałem mu zostawić pieniądze na prywatne wizyty, które mu pozałatwiałem u specjalistów - on na podżeganie wołał do mnie z okna, że nie jestem jego synem tylko psem i mam wypier***ać do budy.
A teraz, ten pies, jak każdy wierny pies, nawet gdy właściciel go katuje – siedzę przy nim i zastanawiam się co dalej...

30.08.2017

Wczoraj miałem niezapowiedzianą wizytę z Gminnego Ośrodka Opieki Społecznej - odwiedziła mnie Kasia T. wraz z przydzieloną jej Asystentką Rodziny.
W drzwiach Pani Asystent wylegitymowała się i poprosiła o poświęcenie czasu by mogła przeprowadzić ze mną ważną rozmowę, a że wg niej sprawa była pilna, wymusiła by spotkanie odbyło się w chwili kiedy się pojawiły.
Pani Asystent Rodziny na wstępnie zrobiła mi poważny wykład czym jest odpowiedzialność za drugiego człowieka oraz poinformowała mnie, że od kiedy odszedłem od matki dziecka, którą reprezentuje, jej córka zaczęła przejawiać niekontrolowane wybuchy płaczu oraz nierzadko napady samo agresji, co wiążą ze mną. Dodatkowo oświadczyła, że stan emocjonalny Kasi T. po naszym rozstaniu jest wyjątkowo rozchwiany, wręcz dystymiczny, a to też negatywnie wpływa na dziecko, którego stan ją do mnie sprowadza.
Kontynuowała, że po zakończeniu relacji z matką Róży, gdy nie przychodziłem do domu jej podopiecznej, Róża wykazywała negatywne, niepokojące zachowania, których źródeł na początku nikt nie umiał zlokalizować. Następnie wyjaśniła, że zanim postanowiła ze mną rozmawiać, wcześniej sprawę skonsultowała z dziecięcym psychologiem, przez którego została utwierdzana w słuszności swojej decyzji do interwencji. Dodatkowo owa wizyta u mnie, jaki kolejne kroki przez psychologa do którego zgłosiła się Kasia T. też zostały uznane za konieczne.
Wyjęła sporo papierów, po czym odczytała kilkanaście zdań, z których dowiedziałem się, że Róża uzewnętrznia objawy lęku separacyjnego ...z mojego powodu!
Zaznaczyła, Róża z racji swojego wieku i braku umiejętności określenia czasu, nie pojmuje co się stało osobą, która stała się jej bliska, a z którą już nie ma kontaktu. Podkreśliła, że jej negatywne zachowanie od kilku tygodni nabrało szczególnego natężenia, jak wygłosiła "bo lęk nie znika”.
W związku z tym, przez sytuację do której doprowadziłem, została zmuszona do podjęcia poszczególnych kroków z moim udziałem, a psycholog dziecięcy pisemnie odpowiedział, by nie wycieńczać dziecka i bez względu na moje obecne relacje z matką dziecka - ja powinienem odwiedzać Róże. Sprecyzowała z naciskiem, że przyzwyczajenie dziecka do rozłąki z dorosłym jest procesem, którego dziecko powinno stopniowo doświadczać. Po czym przedstawiła mi plan, w którym opisana była strategia spotkań z dzieckiem, gdzie kolejnym krokiem po odnowieniu kontaktu, mają być stopniowo coraz rzadsze i krótsze wizyty, tak by dziewczynka przywykła do opuszczenia, bo (jak wynikało z pisma pani psycholog) tylko w ten sposób Róża będzie mogła rozwinąć w sobie umiejętność oswojenia się z nową sytuacją nie tracąc przy tym poczucia bezpieczeństwa.
Widząc moją zaszokowaną minę podkreśliła, że nie pozwoli na bagatelizowanie emocji dziewczynki gdzie jest odpowiedzialna za jej prawidłowy rozwój i dopilnuje, by rodzina którą nadzoruje wróciła do równowagi i normalnego funkcjonowania. Pouczyła mnie, że powinienem zadbać również o komfort psychiczny jej matki. Na koniec oświadczyła, że jeśli nie wykażę w tej trudnej sprawie zrozumienia i nie wyrażę na to zgody, będzie musiała wyciągnąć z tego konsekwencje.

Dygresja:
[ Obecnie mam wiele przemyśleń dotyczących (moim zdaniem) chytrego planu Kasi T. Ale zanim ją osądzę, muszę się przyjrzeć uważniej sytuacji do której doprowadziła. Biada jej jeśli posunęła się by wykorzystać Róże, żeby znów się do mnie zbliżyć.
Od razu przypomniały mi się słowa Wincentego, który skomentował w mailu mój związek z kobietą z dzieckiem: "(…) Pamiętaj, że decydując się na związek z tą kobietą będziesz musiał podporządkować się do potrzeb jej dziecka. Róża zapewne szybko się przywiąże do Ciebie i to ona ucierpi najbardziej, kiedy jednak stwierdzisz, ze rola drugiego "tatusia" jest dla Ciebie za trudna. Nie próbuje Cię zniechęcić, ale powinieneś mieć świadomość, że Twoje życie diametralnie się zmieni. Zadaj sobie pytanie, czy chcesz tych zobowiązań? (…)."
Pamiętam stały schemat przez te wszystkie miesiące, gdy wychodziłem od Kasi T. po "naszych randkach", które spędzałem tylko z jej córeczką, Róża zawsze histerycznie reagowała na każde moje wyjście. Nie wystarczała jej obecność innych osób. Chciała być ze mną, a najlepiej jakby była cały czas na moich kolanach lub rękach. Z jednej strony cieszyło mnie, że Róża mnie lubi, bo dzięki temu mnie słuchała i potrafiłem bez kłopotu nad nią panować, z drugiej serce mi się ściskało gdy przy opuszczania mieszkania słyszałem długo jej płacz.
Ja wiem jedno - dziecko odzwierciedla emocje, również matki. Spodziewam się, że nerwowa Kasia T, teraz stała się dla małej jeszcze mniej cierpliwa, częściej podnosi głos i ma zapewne do mnie pretensje, że Róża nie chce się sama sobą zająć (zapewne TV już nie działa tak jak na początku, bo Róża chce się bawić w towarzystwie dorosłego). W domu Kasi T. nikt małej nie zapewniał uwagi. Kasia T. przecież była ciągle czymś zajęta – zwykle wszystkim byle nie Różą, a dziecko służyło jej jedynie do wywierania presji w kolejkach podczas zakupów, lub litości u poprzednich, krótkoterminowych parterów oraz regularnego pobierania świadczeń socjalnych, a bezrobotny, biologiczny ojciec Róży nigdy nie zawracał siebie głowy "gówniakiem", mimo, że spędzał z nią wiele popołudni, kiedy Kasia T. wracała późno z pracy. Nikt nie miał czasu na bawienie się z nią, nikt nie rozwijał jej ciekawostki świata. Była non-stop umieszczona w łóżeczku z łączonym TV (niezależnie co tam leciało, byle przykuło jej uwagę). Kiedyś zastanawiałem się, jak ona nuczy się chodzić w łóżeczku 1x0,5 metra. Gdy zapytałem o to pół żartem Kasię T – rzuciła, że kupi się kojec i rozstawi pod ścianą. Mało kto odzywał się do niej. Pamiętam, gdy pierwszy raz zacząłem, trzymając ją na rękach, zacząłem coś opowiadać – patrzyła na mnie wielkimi oczami z otwartą buzią tak długo, aż zaczęła jej ślina lecieć. Nie dziwie się, że tęskni. ]

Na koniec Pani Asystent Rodziny skinęła potakująco głową w stronę  Kasia T. a ona wtedy odważnie obdarowała mnie książkami jakiejś psycholożki, autorki książek o wychowaniu dzieci w duchu bliskości i poszanowania godności małego człowieka. 
Na odchodne Asystentka kazała zadzwonić mi do matki dziecka w ciągu najbliższej doby z zadeklarowaniem odwiedzin.

Dziś przed południem spotkałem się z nimi.
Na zdjęciu po długiej rozłące - MY.
Szczerze ją lubię. Chciałbym mieć kiedyś swoją córkę podobną do niej.

28.08.2017

Test! Moje szaleństwo w (może już wkrótce moim nowym) samochodzie.
Jazda próbna.
To niebywałe, że ojciec nie rozumie, że można wymienić uszkodzone lub utracone rzeczy, ale utraconego szacunku lub miłości nigdy.

26.08.2017

Zrezygnowałem z terapii DDA. Terapeutka, gdy oświadczyłem zakończenie wizyt, była oburzona. Uniosła się na mnie, że jeśli nie będę kontynuował Terapii DDA, stracę wszystko co zbudowałem do tej pory, przegram walkę o siebie, a ciągle powracająca przeszłość zniszczy doszczętnie mnie i moich bliskich. Nalegała na zmianę mojej decyzji. Na koniec, kiedy nie uległem, podała mi swój prywatny numer kontaktowy, bym mógł się z nią bezpośrednio skontaktować, jeśli tylko poczuję, że dzieje się ze mną coś złego.
Hm.
Obecnie wydaje mi się, że już nie potrzebuję żadnego psychologa, terapeuty czy grupowych spotkań, bo mam Kasię W. Ona, moja miłość, jest wszystkim czego potrzebowałem całe życie. Wszystkim.

20.08.2017

Pamiętam jak zapisałem się kiedyś do internetowego serwisu randkowego. 
Po wypełnieniu testu osobowości, określiłem zasięg na 50 km od miejsca mojego zamieszkania.
Potem na 150 km.
Potem na cały kraj.
Potem na cały świat.
Nie było ani jednej pasującej kandydatki.
To był cios.
Ostatnio mi się to przypominało, kiedy spacerowałem z Kasią W. - moim Szczęściem, które mam teraz na wyciągnice ręki.

16.08.2017

Proszę bardzo! Kryzys odszedł w zapomnienie :) Moja ukochana dziewczyna, uśmiechnięta ze mną na motorze.
Nie używałem siły, ale nie pytajcie co jej obiecałem, jeśli się ze mną przejedzie ;) PS. Uwielbiam tego, kto wymyślił kijek do selfie :D